wtorek, 18 listopada 2014

Rozdział 4

Musiałam się poważnie zastanowić, co zrobić. Usiadłam na łóżku. W pokoju panował chłód, z powodu wybitej szyby. Wzięłam koc, poduszkę i zeszłam na dół na kanapę. Przez większość nocy nie mogłam zasnąć. O czwartej nad ranem postanowiłam zadzwonić do Lucasa.
- Rose? – usłyszałam zaspany głos w słuchawce. Lubiłam gdy tak do mnie mówił.
- Przemyślałam wszystko, jestem gotowa. – powiedziałam stanowczo.
-Ale.. na co? – ziewnął.
Przewróciłam oczami.
- Żeby uciec z tobą, idioto. – zaśmiałam się.
- Aaa. – ożywił się trochę.
- Wiesz już gdzie…?
-Zastanawiałem się nad Seattle.
Nagle wpadłam na pomysł.
- A może Detroid? – zapytałam.
-Hm. Może być.
- Emilly ma tam paczkę.
- Kto?
No tak zapomniałam mu powiedzieć.
- Moja nowa przyjaciółka.
- Oo. Nareszcie masz jakąś. – ucieszył się.
- Do zobaczenia rano. – uśmiechnęłam się.
- Pa kochanie.
Odłożyłam telefon i ułożyłam się wygodnie na kanapie. Nie długo potem zasnęłam.
Obudził mnie dźwięk wiadomości. Spojrzałam na zegarek. Szósta rano. Świetnie, spałam zaledwie dwie godziny. Postanowiłam przeczytać wiadomość.
Spotkajmy się u mnie za 15 min.
Nigdy jeszcze nie byłam u Lucasa.
Ok. – odpisałam szybko i zaczęłam pakować najpotrzebniejsze rzeczy do plecaka.
Po około piętnastu minutach, gdy byłam już spakowana napisałam krótką karteczkę.

Jadę z Lucasem. Nie wiem kiedy wrócę, nie martwcie się.
Kocham was 
Rosalie

Westchnęłam głośno, włożyłam  moje martensy i kurtkę. Pogłaskałam kota i wyszłam.
Nagle zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę nie wiem gdzie on mieszka. Wzięłam telefon i napisałam:
Gdzie ty mieszkasz? XD
Haha. Koło szkoły. Będę czekał przed nią.
Dobra.
Ruszyłam szybkim krokiem w kierunku szkoły. Tak jak obiecał czekał. Podbiegłam do niego i poszliśmy do jego domu. Mieszkał na końcu ulicy. Miał ogromną działkę, tak wielką, że na upartego można by tu postawić stadninę konną. 
- Poczekaj chwilę. – rzucił do mnie i poszedł do domu.
Z boku działki stała mała szopa. Postanowiłam do niej zajrzeć. Uchyliłam lekko drzwi i zobaczyłam mężczyznę trzymającego zakrwawiony tasak… Krzyknęłam głośno i pobiegłam do domu Luca.
Strasznie się przestraszyłam. Popłakałam się z emocji. Lucas gdy wyszedł z domu szybko podbiegł do mnie.
- Co się stało?!
- No bo.. tam był facet z tasakiem. – wtuliłam się w niego.
- Jacob jest rzeźnikiem. – uśmiechnął się.
Roześmiałam się nerwowo i otarłam łzy. Ale była głupia… histeryzuje bez powodu.
- Możemy iść. – powiedziałam cicho.
- Niestety nie będę mógł wziąć mojego samochodu, więc musimy się zadowolić starym pickupem.
- Lubię pickupy.
- To jedźmy. – wziął swój i mój plecak i rzucił je na pakę samochodu. Wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy.
-  Czeka nas długa podróż. – westchnął.
- Grunt, że będziemy bezpieczni. Chyba..
Większość długiej podróży minęła spokojnie.  W jakiejś wsi znaleźliśmy starą stację benzynową. Luc poszedł zatankować, a ja wolałam zostać w samochodzie. Za dużo naoglądałam się horrorów właśnie z takimi opuszczonymi stacjami.  Okazało się, że jeszcze została nam godzina drogi. Odetchnęłam z ulgą. Strasznie szybko minęła nam podróż. Postanowiliśmy zatrzymać się w jakimś motelu tuż przy drodze. Przypomniało mi się, że miałam zadzwonić do Em, w sprawie jej znajomych.
- Hej, tu Rose. Jesteśmy już na miejscu. Mówiłaś, że masz tu znajomych…
- Ej no wiecie co, nie powiedzieliście mi, że jedziecie do mojego miasta? – usłyszałam oburzony głos mojej przyjaciółki.
- Przepraszam cię, ale to była strasznie pochopna decyzja. – westchnęłam.
- Ok, wybaczam. Przyjadę jeszcze dzisiaj. Spotkajmy się to powiem wam co i jak.
- Dobra, jakby co jesteśmy w motelu Alabama.
-  Na razie.
Gdy skończyłam rozmawiać okazało się, że Lucas wynajął już pokój. Na szczęście nie było tu zbyt wielu ludzi. Nasz pokój miał numer 13.
- Mam nadzieję, że nie jest pechowy. – zaśmiałam się.
- E tam, ja nie wierzę w przesądy. – uśmiechnął się.
Okazał się całkiem w porządku. Byłam tak wykończona, ze gdy położyłam się na łóżku od razu zasnęłam.
------------------------------------------------------------
Przepraszam, że taki krótki ale ostatnio nie mam weny. xD ;c

wtorek, 14 października 2014

Rozdział 3

Zakręciło mi się w głowie. Weszłam do śmierdzącej potem szatni i usiadłam na ławce. Cały czas miałam przed oczami ten woreczek. Wyjęłam z mojego plecaka strój na W-F i szybko go założyłam. Wpatrywałam się w wolno poruszające się wskazówki zegarka na wyblakłej ścianie. Nie spodziewałam się tego po Lucasie... Jak on mógł mi to zrobić? Przecież wiedział, że dragi to jest właśnie coś czego staram się uniknąć! Całe życie zmagam się z nałogiem mojej matki i kiedy wszystko z pozoru wygląda dobrze, nagle okazuje się, że mój chłopak jest dilerem. Jakaś paranoja! Kiedy szłam z dziewczynami na salę gimnastyczną zastanawiałam się co mam z tym zrobić. Dlaczego ja w ogóle się przebrałam? Nauczycielka oznajmiła, że dzisiaj gramy w siatkówkę. Znowu... Z moich głębokich przemyśleń wyrwał mnie cios w głowę piłką. Amanda głośno śmiała się ze mnie.
- Och przepraszam, nie zauważyłam, że tam stoisz. - powiedziała.
Tak mnie to rozwścieczyło, że szybkim krokiem podeszłam do mojej ulubionej koleżanki i niewiele myśląc przywaliłam jej w nos z całej siły. Chyba jej go złamałam... przynajmniej taką miałam nadzieję. Z jej nozdrza wypłynęła cienka stróżka krwi. Pani podbiegła do nas.
-Czyś ty oszalała?! Pójdziesz teraz ze mną do dyrektorki.
Wzruszając ramionami ruszyłam za nauczycielką. Mimo wszystko byłam bardzo usatysfakcjonowana, że ta menda wreszcie dostała za swoje.
Nawet nie słuchałam tego co ta dyrektorka do mnie mówiła. Miałam tak dosyć wszystkiego, że najchętniej rzuciłabym tę szkołę. Oczywiście musieli wezwać moich rodziców. Jako, że ich obecnie nie mam przyjechała siostra. Wysłuchała wszystkiego w spokoju, a gdy już wyszłyśmy przyznała mi rację i pogratulowała ciosu. Trochę poprawiło mi to humor. Co do Lucasa stwierdziłam, że nie będę się z nim zadawała. To była ciężka decyzja, ale niestety takie jest życie. Gdy po lekcji podszedł do mnie zignorowałam go.
- Hej, co jest?
- Jak to co?! Ty się jeszcze pytasz?! Jemu też chciałam przywalić, ale jakoś się powstrzymałam. Odwróciłam się napięcie i zerwałam się z reszty lekcji. Siostra dała mi wcześniej jakieś drobne, więc postanowiłam, że pójdę do kawiarni po drugiej stronie ulicy. Dosłownie przebiegłam nie rozglądając się dookoła. O mały włos samochód mnie nie potrącił. Jakoś się tym nie przejęłam. Fakt, to było głupie, ale już nic mnie nie obchodziło. Otworzyłam białe drzwi kafejki. Dzwonek donośnie zabrzęczał, jakby w tak małym pomieszczeniu nie dało się zauważyć klienta. Wnętrze było przyjemne i kolorowe. Dominowały pastele i biały. Usiadłam na pierwszym lepszym krześle pod oknem. Kelnerka, która była chyba w moim wieku przyszła po zamówienie.
- Eee poproszę herbatę.
- Z cukrem? - dziewczyna uśmiechnęła się do mnie.
- Tak, poproszę.
Kelnerka poszła przygotować mój napój, a ja wyglądałam przez okno. Właśnie zaczął padać deszcz. Uwielbiałam wsłuchiwać się w dźwięk kropli bębniących o dach. Na schodach szkolnych zobaczyłam Lucasa. Pomimo ulewy usiadł na schodach i mókł. Schowałam twarz za włosami. Nie chciałam, żeby tu przychodził. Usłyszałam charakterystyczny dźwięk mojej komórki. Odrzuciłam połączenie. Teraz będę musiała znów radzić sobie sama. W tym czasie dziewczyna przyniosła moją herbatę.
- Proszę bardzo.
- Dziękuję... Emilly. Ile płacę? - szybko zerknęłam na jej plakietkę z imieniem.
- 1,50$- Uśmiechnęła się do mnie.
- Wygrzebałam drobne z kieszeni i zapłaciłam. Herbata pachniała lawendą. Piękny zapach. Idealnie pasuje do tego miejsca.- otworzyłam paczuszkę z cukrem i wsypałam do brązowego napoju. Zamieszałam szybko i upiłam łyka. Idealny pomysł na deszczowe dni. Ten kto wymyślił herbatę powinien zostać okrzyknięty bohaterem narodowym! Mówię poważnie.. - uśmiechnęłam się do swoich myśli. Przypomniało mi się, że mam przy sobie książkę. Wyjęłam ją z plecaka i oddałam się lekturze. Tak się zaczytałam, że nawet nie zauważyłam kiedy wybiła godzina szesnasta. Pośpiesznie zebrałam się i wyszłam. Na szczęście Lucas już nie siedział na schodach. Podeszłam pod budynek szkoły aby wsiąść rower, gdy odwróciłam się prawie zderzyłam się czołem z Lucem. Aż podskoczyłam.
- Proszę, możemy pogadać?
- Nie mamy o czym. Nie będę z kimś kto ma bliski kontakt z narkotykami, bo nie chcę się zagłębiać w to bagno, rozumiesz?
- Pewnie myślisz, ze diluję tylko po to żeby sobie szybko dorobić, prawda?
- Tak właśnie myślę, ewentualnie jesteś po prostu idiotą i robisz to dla funu. - Wsiadłam na rower i odjechałam.
Krople deszczu wpadały mi do oczu, tak że nic nie widziałam. Zatrzymałam się i wyjęłam okulary przeciwsłoneczne z plecaka. Musiałam wyglądać jak idiotka z racji tego, że zza gęstych chmur nie prześwitywał ani jeden promyk słońca. Wolę wyglądać głupio, niż nic nie widzieć. Gdy byłam juz przy domu usłyszałam jak ktoś wrzeszczy.
- NIE MA MOWY NIE CHCĘ WIDZIEĆ TEGO PALANTA!
Zaciekawiona zsiadłam szybko z roweru i wbiegłam po schodkach. Otworzyłam z hukiem drzwi tak, że prawdopodobnie obiłam ścianę.
-Co się stało? - zapytałam zaskoczona.
-Nic. - odpowiedziała mi moja matka.
Wytrzeszczyłam oczy.
- Co ty tu robisz?
- Już się chciałyście starej matki pozbyć? - zaśmiała się.
- Nareszcie jesteś normalna. - Przytuliłam ją.
Mama uśmiechnęła się.
- To dowiem się o co chodzi?
- Wiesz, bo zaproponowałam, żeby zobaczyła się z ojcem. - odpowiedziała mi moja siostra.
- Nigdy.
- Ale to dobry pomysł! Nikt przecież nie mówił, że znów macie być razem.. - ucieszyłam się, bo nigdy nie widziałam mojego taty, i chciałam go poznać.
- Dobrze, ale to ty będziesz go do tego namawiała, Lucy.
- Nie ma problemu, mam z nim dobry kontakt. - wzruszyła ramionami.
Uśmiechnęłam się szeroko. A może wszystko będzie jak dawniej, tata wróci do mamy...
- A właśnie słyszałaś mamo, że Rosalie ma chłopaka? - siostra wyszczerzyła zęby.
- Już nie.- spoważniałam i poszłam do swojego pokoju.
Spojrzałam na mój telefon. Cisza. Ani jednej wiadomości, żadnego nieodebranego połączenia. Może to i lepiej?
Zajrzałam nawet do lekcji, ale szybko zamknęłam książkę od matematyki. Wzięłam kartkę i zaczęłam coś bazgrolić. Ten "gryzmoł" był tak brzydki, że wywaliłam go do kosza. Zgłodniałam, więc zeszłam na dół i zajrzałam do lodówki. Pusto. Ja nie mogę, czy o wszystko w tym domu muszę dbać ja? Myślałam, że może siostra łaskawie coś kupi, ale oczywiście była zajęta pracą. Wzięłam kasę i wyszłam z domu. Postałam chwilę na progu i wróciłam się po kurtkę. Już chłodno się robi... Poszłam do sklepu, który znajdował się w następnej przecznicy. Już nawet nie chciało mi się brać roweru. Sklepik prowadziła całkiem miła starsza pani. Może nie był to supermarket, ale małe zakupy dało się tu zrobić. Wzięłam najpotrzebniejsze rzeczy i poszłam do kasy. W kolejce przede mną stała jakaś dziewczyna. Wydawała się znajoma. Ach, no tak to ta kelnerka Emilly. Przywitałam się z nią, i postanowiłam, że zaproszę ją do siebie.. W końcu musiałam znaleźć sobie jakichś przyjaciół, a ona wydawała mi się fajna, na pierwszy rzut oka. Po drodze wstąpiłyśmy do lodziarni i kupiłyśmy lody. Jak się okazało mój ulubiony smak truskawkowy okazał się także ulubionym smakiem mojej nowej koleżanki. Zaczynałam ją lubić, miło nam się razem rozmawiało, nadawałyśmy na tych samych falach. Fajnie by było mieć przyjaciółkę.
Kolejnym zaskoczeniem okazało się to, że Emilly mieszka na przeciwko mnie. Dziwne, że wcześniej jej nie widziałam.
- Od jak dawna tu mieszkasz?
- Dopiero co się przeprowadziłam. Wcześniej mieszkałam w Detroid.
- O fajnie, kiedyś chciałabym tam pojechać.
- Jak chcesz to mogę Cię zabrać ze sobą, jeżdżę tam co tydzień na spotkania z moją paczką.
- Super! To jesteśmy umówione.
Zrobiło się już późno i Em musiała już wracać. Pożegnałyśmy się i postanowiłam, że sprawdziłam komórkę. Jedna nieprzeczytana wiadomość od Luca.
Spotkajmy się proszę… powiem Ci jak było naprawdę. Mam nadzieję, że zrozumiesz.
Kiedy?
Jutro o 14?
Ok.
Nie sądzę bym mogła zrozumieć. Westchnęłam cicho i usiadłam na kanapie. Zaczęłam przerzucać bezmyślnie kanały. Właśnie zaczęły się wiadomości. Jaaaka nuda. Pomyślałam i położyłam się.
Zastanawiałam się co dalej będzie z moim życiem. Zimny wiatr rozwiewał firanki w oknie.  Wzdrygnęłam się z zimna i zamknęłam je. Wzięłam telefon i włączyłam moją ulubioną piosenkę.
Usnęłam z  muzyką w uszach. Rano obudził mnie trzask tłuczonego szkła. Usiadłam nie przytomna na łóżku. Szyba była zbita. Na podłodze leżały odłamki szkła i duży kamień. Kto to zrobił?! Wkurzyłam się i wyjrzałam przez okno. Nie zauważyłam nic niepokojącego. Na dachu sąsiedniego domu siedział czarny kot i wpatrywał się we mnie swoimi wielkimi zielnymi oczami. Nie no przecież on nie mógł tego zrobić… Co? Jej chyba muszę napić się kawy. Założyłam mój mięciutki błękitny szlafrok i zbiegłam na dół po schodach. Wstałam jako pierwsza.  Zawsze byłam rannym ptaszkiem.  Nastawiłam sobie kawę i usiadłam na krześle. Do mojego nosa dotarł piękny zapach. Zaciągnęłam się głęboko i wzięłam kubek. Już po pierwszym łyku czułam orzeźwienie. Tego mi było trzeba. Wypiłam szybko i wróciłam do mojego pokoju.  Tym razem kociak siedział na parapecie. Uśmiechnęłam się i wyciągnęłam do niego rękę, aby mógł ją powąchać, po czym wzięłam go na rękę. Może będzie parą dla mojej kotki. Albo chociaż się zaprzyjaźnią. Czarny i biały kot. Zupełnie jak jing jang. Oraz ja i Lucas. Eh. Chciałabym, żeby ten woreczek był wymysłem mojej wyobraźni. Może uda mi się go jakoś przekonać, że to nie jest dobry pomysł, i mogą z tego wyniknąć same problemy. Ubrałam się i postanowiłam, że wpadnę do Emilly. Jest ósma. Chyba jeszcze śpi. No cóż będę taka samolubna, że ją obudzę. Zeszłam na dół włożyłam moje stare martensy i wyszłam z domu. Pomimo wczesnej pory na ulicach już zaczęły pojawiać się samochody. Otworzyłam starą, zardzewiałą furtkę porośniętą bluszczem. Podwórko mojej koleżanki wyglądało jak zaczarowany ogród. Strasznie jej zazdrościłam, bo ja nie miałam ani czasu, ani chęci na zadbanie o mój. Zastukałam ołowianą kołatką. Strasznie podoba mi się tutaj. Wszystko ma taki klimat. W drzwiach ujrzałam zaspaną Em. Wyglądała strasznie. Cała rozczochrana w powyciąganej pidżamie w misie.
- Wcześniej się nie dało? Kobieto jest sobota! Dzisiaj to się śpi do dwunastej, a nie… - powiedziała przecierając oczy.
Zaśmiałam się.
- Przepraszam, ale po prostu tak mi się nudziło, i w dodatku ktoś jeszcze zbił mi szybę w oknie.
- Ciekawe czemu..
- Mnie bardziej ciekawi kto to zrobił, bo chyba nie mały słodki czarny koteczek.
- Dobra wchodź, bo zimno. – Powiedziała ziewając.
Tak też zrobiłam. W środku pachniało starymi książkami. Pełno ich stało na regałach. Tak się zagapiłam na wnętrze, że nie zauważyłam, że Emilly poszła do kuchni. Wychyliła się zza framugi drzwi kuchennych.
- Na co patrzysz?
- Zachwycam się klimatem twojego domu.
- A tak, też bardzo mi się tu podoba. Lecz musiałam włożyć w to dużo starań, żeby było tak „po mojemu”.
- Chcesz coś do picia? Mam kakałko.
- O taak, sto lat nie piłam. – uśmiechnęłam się szeroko.
- A to dziwne, może jesteś wampirem i tak naprawdę masz już sto szesnaście lat?
Parsknęłam śmiechem.
- Ty weź już lepiej wypij te kawę.
- Dobra, tylko nie gryź.
Przewróciłam oczami, i poszłam za nią.
Wypiłyśmy ciepłe napoje.
- Muszę Ci coś pokazać. – uśmiechnęłam się.
- Hm?
- Zobaczysz. Tylko weź się teraz pozbieraj do kupy. – powiedziałam.
- Oks.
- To za ok. 10 min spotykamy się na rowerach pod moim domem.
Wzięłam rower i czekałam na Em.
Po pewnym czasie dołączyła do mnie.
- To gdzie jedziemy?
- Po prostu jedź za mną.
- Mam się bać? – uśmiechnęła się.
- Niee. Sądzę, że ci się spodoba.
Tak, zamierzałam jej pokazać moją starą kryjówkę. W sumie dawno tam nie byłam, i się stęskniłam.
Gdy dotarłyśmy na miejsce Em była zdziwiona. Zostawiłyśmy rowery w krzakach i wszłyśmy do rudery.
- Wow. Ale super!
- Wiem, kiedyś to był dla mnie drugi dom.
- Jak znalazłaś to miejsce?
- Po prostu. Wdomu wolałam nie siedzieć, ze względu na mamę, więc musiałam znaleźć sobie własny kąt.
- Będę mogła tu z tobą przychodzić?
-Jasne. – uśmiechnęłam się.
- Mam świetny pomysł. Mogłybyśmy jakoś ozdobić te obdrapane ściany.
- Faktycznie, przydało by się.
- Jak już ci mówiłam mam starych przyjaciół w Detroid. Jeden z moich kumplów robi wspaniałe graffiti. Co ty na to?
- No nie wiem. Według mnie graffiti jeszcze bardziej nada tej ścianie takiego ulicznego charaktru.
- O rany, ty to chyba nie wiesz jak to wygląda. Pewnie masz na myśli jakieś gryzmoły?
- Właśnie.
- To totalnie co innego… On tworzy różne piękne obrazy, tyle że na ścianach. Mówię ci, prawdziwy artysta.
- No dobra, ale jak mi się nie spodoba to będziesz sama to przemalowywała.
- Zakład?
- Zakład.
Powoli zbliżała się godzina czternasta. Powiedziałam jej, że zgodziłam się na spotkanie z Lucasem. Niestety musiałam już jechać, ale Em powiedziała, że postara się tu jakoś o to zadbać, i zrobić klimat.
Wróciłam do domu. Umówiliśmy się u mnie. Gdy dotarłam na miejsce on już czekał.  Wiedziałam, że raczej nie będzie to zbyt przyjemna rozmowa. Usiedliśmy na schodach. Panowała niezręczna cisza.
- No więc, tłumacz się. – powiedziałam cicho.
- No bo.. – westchnął głęboko.
- Taak..?
- Ja wcale nie chcę tego robić.
- Jak to?
- Każą mi rozumiesz?! Kiedy Cię poznałem chciałem z tym skończyć, między innymi ze względu na twoją matkę. I właśnie dlatego, że się postawiłem zostałem postrzelony. To nie jest takie sobie rozdawanie narkotyków. Oni mi każą… - potrząsnął moimi ramionami.
-  Kto?! – wytrzeszczyłam oczy.
- Mafia. Mój „stryjek”, który groził, że zabije moją rodzinę jeśli tego nie zrobię.
- A ten gang motocyklowy? – zapytałam przerażona.
- To właśnie oni najwięcej kupują, i również dilują, tylko, że ja w szkole..
- Teraz już rozumiem… - przytuliłam go. Zrobiło mi się go żal.
Wpadłam na okropny i drastyczny pomysł.
- A co jeśli… byśmy się go jakoś pozbyli…? – zapytałam cicho.
- Oszalałaś?! Przecież to cała mafia. Nie dość, że zabiją nas to jeszcze całe nasze rodziny.  Rose, to nie jest taka sobie gierka…
- To co my zrobimy?! – po policzkach popłynęły mi łzy.
- Nie wiem.. możemy uciec, ale nie sądzę, żeby to coś dało.
Nie chciało mi się już o tym rozmawiać. Zaczął padać deszcz. To wyglądało jakbym swoim płaczem spowodowała to, że nawet chmury płakały. Przytuliłam Lucasa na pożegnanie i weszłam do domu. Wbiegłam szybko po schodach i rzuciłam się na łóżko. Wcale nie chciałam nigdzie uciekać. Tu był mój dom, rodzina, Em.  Dlaczego w kółko coś mi musi się takiego dziać. Wydarłam się i rzuciłam na łóżko. Strasznie długo płakałam, cała poduszka nasiąkła od moich łez. Tak bardzo nie chciałam rozstawać się ani z nim, ani z rodziną. Dlaczego nie można być tak „po środku”? Cała moja przyszłość stała teraz pod wielkim znakiem zapytania.

czwartek, 2 października 2014

Rozdział 2

  Dowiedziałam się, że jego brat ma na imię Jacob. W sumie też był fajny, ale bardziej taki „sztywniak”.  Przede wszystkim był za grzeczny dla mnie.. Ja tam lubię takich „bad- boyów”.  Nagle ktoś zaczął walić w drzwi. Trochę się przestraszyłam, bo myślałam , że to jakieś żule. Oczywiście nie zeszłam na dół, bo nie chciałam ryzykować. Usłyszałam, że  coś zostało wsunięte pod drzwi…  Po jakimś czasie odważyłam się i zeszłam. Wzięłam kopertę leżącą na podłodze: list był nie zaadresowany i bez znaczka.  Podniosłam jedną brew do góry i otworzyłam. Moim oczom ukazało się ładne damskie pismo:
Droga Rosalie!
Pewnie zdziwiło cię to, że jakaś obca kobieta wsuwa ci list pod drzwi i jeszcze wie, jak się nazywasz. Spokojnie, nie musisz się bać. Jak pewnie wiesz ojciec zostawił twoją matkę. Lecz nic nie wiedziałaś o mnie. Jestem twoją starsza siostrą.  Kiedy się urodziłaś, ja miałam 10 lat.  Kiedy ojciec postanowił zostawić mamę zdecydowałam, że zostanę z nim. Szczerze mówiąc jako dziecko byłam o Ciebie zazdrosna. Teraz podziwiam Cię za to, ze jesteś taka silna i że dałaś radę wytrwać w tym bajzlu z mamą. Jeśli chcesz się ze mną zobaczyć, to zadzwoń na numer : 123 456 789.
- Twoja siostra Lucy.
Co prawda list był bardzo krótki, ale bardzo mnie wzruszył. Okazało się nagle, ze może znajdzie się ktoś, kto mnie pokocha i się mną zajmie. Szybko wyciągnęłam komórkę i zadzwoniłam pod wskazany numer. Usłyszałam ładny, damski głos.-  Halo?
-Cz..cześć. – Powiedziałam rozedrganym głosem.
-Rosalie?
-Ttak – szepnęłam przez tłumione łzy.
-Bardzo cieszę się, że zadzwoniłaś - łagodnie powiedziała Lu.
-Uhm.
-Czy mogę przyjść porozmawiać?- spytała.
-Skąd mam wiedzieć, że mogę Ci ufać?- oddychałam szybko.
Dziewczyna się zaśmiała.
-Widzę, że przez te wszystkie lata dużo się nauczyłaś.
-No dobra, przyjdź, skoro i tak już wiesz gdzie mieszkam. Zajrzałam do szafek i wyjęłam jakieś ciastka. Ugryzłam jedno… i wyplułam. Co to jest?! Smakowało jak stara podeszwa od buta.. Wywaliłam szybko „ciastka” do kosza. Ok, skoro nie ma nic dobrego, to będzie herbata. Przynajmniej to w tym domu było zdatne do picia. Usłyszałam pukanie do drzwi i poszłam otworzyć:  stała tam ładna blondynka, bardzo zadbana, o niebieskich oczach.
-Wejdź. – zaprosiłam ją do środka.
Od razu, gdy weszła skrzywiła się. W sumie nie dziwiłam jej się.
-Taki syf tu panuje, że szkoda gadać – burknęłam.
- Ja w większości przesiaduję w mojej ruderze. 
Kiwnęła głową i od razu rzuciła  -Chcesz żebym mieszkała z tobą?
Poczułam, że serce bije mi szybciej- Praktycznie Cię nie znam.. ale możemy spróbować- powiedziałam cicho. Uśmiechnęła się i objęła mnie mocno. Wreszcie poczułam się kochana… i że kogoś obchodzę. Usiadłyśmy przy stole i popijałyśmy ciepłą herbatę malinową. Nagle Lucy złapała mnie za ramię.
Tak nie może być!- krzyknęła.
 Podskoczyłam trochę.
- Wybacz…- powiedziała cicho- Ale musimy wyciągnąć mamę z nałogu!
-Nareszcie –uśmiechnęłam się.
-No i musimy tu posprzątać! -zaśmiała się.
-Okay. To od czego zaczniemy?
-Wydaje mi się, że musimy mamę zawieźć na odwyk…
Tak też zrobiłyśmy. Na szczęście matka nie protestowała. Była tak „zmiękczona”, że nie kontaktowała.
Przyjęli ją. Razem ustaliłyśmy, że nie będziemy podczas kuracji się z nią widzieć, bo mogło by to być dla nas zbyt bolesne.
-Wiesz co? Mam pomysł. Jestem z zawodu architektem, co ty na to, żeby trochę ten dom trochę ulepszyć? –uśmiechnęła się do mnie.
- Och tak! Ale… skąd weźmiemy na to kasę?
-Spoko siostra, w tym zawodzie dużo się zarabia.
 Rozpłakałam się ze szczęścia. Może teraz nareszcie moje życie będzie wyglądało normalnie.
Ok, nie ma opierniczania się, trzeba tę chałupę ogarnąć!
Rzuciłyśmy się w wir pracy. Po czterech godzinach porządków rzuciłyśmy się zmęczone na łóżko i zasnęłyśmy. Rano siostra obudziła mnie do szkoły. Nawet zrobiła mi kanapki! Moje życie zmieniło się o 180 stopni. Już miałam wsiadać na rower, gdy powiedziała, że mnie zawiezie. Po raz pierwszy chyba byłam przed czasem. Uśmiechnięta usiadłam koło Lucasa.
-Co się stało, żeś taka uśmiechnięta? –
-Potem ci powiem…
Szczerze mówiąc miałam ochotę rzucić mu się na szyję już teraz. Ale się powstrzymałam, bo pewnie nauczycielka znów wpisałaby mi uwagę. Kiedy dzwonek zadzwonił spakowałam wszystko migiem i rzuciłam się na niego. Dosłownie…  Przytulił mnie. Czułam jego ładny zapach męskich perfum.  Dość długo tak staliśmy w końcu woźna nas wygoniła. Uśmiechnęłam się do niego.
-No, to co się stało w końcu? –spytał lekko ściskając moja dłoń.
Opowiedziałam mu podekscytowana wszystko.
- Cieszę się, że ty się cieszysz. Idziemy gdzieś dzisiaj?
- Tak, nawet wiem gdzie – powiedziałam podekscytowana.
Po szkole zaprowadziłam go do mojej kryjówki.  Popatrzył na mnie.
-Musze cię o coś zapytać.
-No?
-Chcesz być moją dziewczyną?
Omg. Jeszcze tak  na mnie spojrzał! i ten jego uśmiech!
-Tak! -powiedziałam krótko i go pocałowałam. Potem poszliśmy do mnie i obejrzeliśmy jakiś horror trzymając się za ręce. Byłam w siódmym niebie!
- Czemu wybrałeś akurat ten film? Hej, pewnie myślałeś, że będę się bała i przytulała co?- zaśmiałam się - Sorry, ja się nie boje niczego, rozumiesz?
Zamyślił się na chwilę. Pstryknęłam mu przed oczami.
- O czym myślisz?
-O niczym.
-Okey…. Nie chcesz, to nie mów.
Nagle stwierdził, że już późno i musi iść. Pożegnałam go, lecz teraz zastanowiło mnie jego zachowanie.  O co mogło chodzić…
Skończyłaś już te flirty? – siostra weszła do pokoju
-Taaak - zaśmiałam się.
-Dobra, to teraz chodź mi pomóż.
-W czym?
-Muszę przemalować hol.
-Super, akurat z plastyki jestem dobra. Resztę dnia spędziłyśmy na malowaniu.
Następnego dnia, kiedy tylko ruda Amanda dowiedziała się, że chodzę z takim przystojniakiem, jak Lucas od razu zaczęła kombinować, jak go zdobyć.
-Cześć piękny – powiedziała chytrym tonem.  Podeszłam do niego szybko i się przytuliliśmy. A za plecami pokazałam jej język.
-Pffff – rzuciła obrażona i odeszła.
-Dzisiaj mam super pomysł na spędzenie czasu- powiedział słodkim głosem.
-Jaki?
-Nie powiem, tajemnica. – wyszczerzył się
-No, ej! – zaczęłam go łaskotać.
Lucas jak gdyby nigdy nic przerzucił mnie sobie przez ramię jak worek ziemniaków.
-Puszczaj! Pisnęłam i zaczęłam się szamotać śmiejąc się.
-Nie ma mowy, chciałaś to masz!
Kiedy doszliśmy do jego samochodu postawił mnie łaskawie na ziemię. No nareszcie…
-To porsche to twoje?!
-Taaak-  powiedział  wyraźnie zadowolony.
-Dżizes, jest idealne…  Drzwi otworzyły się automatycznie do góry. Bajer. Wsiadłam i pognaliśmy szybko tak, że podskoczył mi żołądek do gardła. – Ty, uważaj trochę!
-Spokooo.
Nareszcie dojechaliśmy do jakiegoś dziwnego miejsca. To była chyba stadnina.
-Poczekaj tu chwilę -  rzucił do mnie i sam poszedł w stronę budynku.
Czekałam zaciekawiona.
Zobaczyłam jak Lucas galopuje na pięknym czarnym koniu w moją stronę. Wyglądał po prostu nieziemsko…
-Wow…- powiedziałam cicho.
-Chcesz się przejechać? –uśmiechnął się.
-Jaasne!-Pomógł mi wsiąść i razem pognaliśmy po polu.
Kątem oka zauważyłam, że pod bramę podjechał jakiś tajemniczy czarny samochód. Kiedy Lucas go zobaczył, zaczął galopować jeszcze szybciej w stronę lasu. Poczułam, że jest spięty. O co tu chodzi? W tym momencie padł strzał. Lucas stracił panowanie nad koniem, który gnał teraz przed siebie.  Przeraziłam się, gdy dostrzegłam, że z jego ramienia pociekła krew.
- Oberwałeś?!
-Tak! Cholera!- syknął.
-Co teraz zrobimy?!
-Nie... nie  wiem…- wydusił i zaczął osuwać się z konia.
Panikowałam. Nie dość, że musiałam trzymać mojego chłopaka, to jeszcze trzeba było okiełznać tego  piekielnego konia! Nigdy wcześniej nie jeździłam, ale jakoś udało mi się tę bestię powstrzymać. Szybko zadzwoniłam po pogotowie. Nie musieliśmy czekać długo. Po jakichś 4 minutach można było usłyszeć wycie karetki. Zawieźli go do szpitala.. niestety  mnie nie pozwolili jechać, ponieważ nie jestem rodziną. Bla bla  bla!. Byłam cała roztrzęsiona. A tak miło się zapowiadał ten dzień… Byłam bliska płaczu z tych emocji. Wróciłam szybko do domu. Gdy wpadłam od razu przytuliłam się do siostry i rozpłakałam.
-Co się stało?!
-Bbo… Lucas jest w szpitalu! - wyszeptałam przez łzy.
-O rany, ale dlaczego?!- siostra miała wyraźnie współczującą minę i przytuliła mnie.
-Dzisiaj zabrał  mnie na konie. Wszystko tak miło się zapowiadało, gdy nagle pod bramę podjechał jakiś czarny samochód. Jak Luc go zobaczył, od razu skierował konia w stronę lasu i gdy tak jechaliśmy,  znienacka ktoś postrzelił go w ramię. Jeszcze się trzęsę, gdy sobie przypomnę!
Nie mogłam zasnąć, cały czas miałam przed oczami ten czarny samochód. Szkoda, że nie zapamiętałam numeru rejestracyjnego. Bardzo martwiłam się o Lucasa, choć miałam cichą nadzieję, że wszystko z nim w porządku. Chwilę potem zasnęłam. Rano pierwszą rzeczą jaką zrobiłam był telefon do szpitala. Minuty mijały, a ja wciąż nie mogłam się tam dodzwonić. Gdy już miałam zrezygnować, w słuchawce odezwał się głos jakiejś kobiety:
- Szpital na Growl Street, słucham?
- Dzień dobry, chciałabym zapytać kiedy będą możliwe odwiedziny u Lucasa Blacka.
-Chwileczkę… Może pani przyjechać o 18.
- Dziękuję, do widzenia.
Trochę późno, będę pewnie musiała wrócić na piechotę. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Cały czas włóczyłam się po domu bez celu, kiedy w końcu wybiła 17:30 wyszłam i zaczęłam iść szybkim krokiem w stronę szpitala. Chłodny wiatr owiewał moją twarz. Mogłam ubrać się cieplej…  Ok. 18 byłam już na miejscu. W holu czuć było specyficzny, medyczny zapach, a wszędzie chodzili ludzie w białych kitlach. Podeszłam do recepcji i zapytałam  o numer sali. Recepcjonistka odpowiedziała mi znudzonym tonem:
-Sala 35, pierwsze piętro.
-Dziękuję.
Wbiegłam po schodach i szybko odnalazłam salę. Lucas leżał na łóżku pod oknem. Podeszłam do niego. Na szczęście był przytomny.
-Hej. jak się czujesz?
-Lepiej- uśmiechnął się lekko.
-Nadal nie rozumiem dlaczego zostałeś postrzelony. Wiesz kto mógł to zrobić?!- spytałam z niekłamanym oburzeniem.
-Nie.
Brzmiało to niezbyt przekonująco… w sumie, to było dla mnie prawie pewne, ze wie, kto to zrobił. Ciekawe dlaczego nie chce powiedzieć? Mimo wszystko udałam, ze przyjęłam tę odpowiedź.
- Kiedy Cię wypisują?
W tym momencie lekarz wszedł i odpowiedział mi suchym tonem:
- Prawdopodobnie jutro. A tymczasem musi pani już wyjść.
-Cześć- powiedziałam cicho.
- Pa… auć!
Lekarz właśnie zmieniał mu opatrunek, a ja wyszłam z sali. W holu kupiłam  czekoladę z automatu; zapach brązowego napoju trochę mnie orzeźwił. W końcu wyszłam ze szpitala. Nie lubię takich miejsc… Zrobiło się już ciemno. No trudno dam radę. Co takiego może mi się stać? Szłam szybko po szarym chodniku stukając obcasami kowbojek. Po drodze minęłam park, w którym spotykałam się z Lucasem. Mimowolnie się uśmiechnęłam. Niezmąconą ciszę nagle przerwał głośny ryk motorów. Oby to nie był gang motorowy; niestety, trafiłam z domysłami. Stwierdziłam, że będę udawać, jakbym wcale się tym nie przejęła. Serce strasznie mi waliło. Czułam się tak, jakby ci faceci mogli słyszeć łomot mojego serca. Nagle zabrzmiał zaczepnie zachrypnięty, męski głos:
- Co, Rosalie, twój chłoptaś wylądował w szpitalu? Oje,j jak nam przykro…- wszyscy ryknęli śmiechem.
Zacisnęłam usta.
- Skąd wiesz jak się nazywam?! - wrzasnęłam hardo.
Nie uzyskałam odpowiedzi. O dziwo, odjechali i zostawili mnie w spokoju.  W mojej głowie był straszny bałagan. Myśli dosłownie rozsadzały mi czaszkę.
O co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi?! Zaczyna się robić niebezpiecznie. Mam nadzieję, ze przynajmniej nie wiedzą, gdzie mieszkam. Chyba będę musiała przestać chodzić do mojej kryjówki. A co jeśli to oni postrzelili Lucasa?!  Może z tym iść na policję, ale pewnie i tak nic nie zrobią. Teraz trzeba się mieć na baczności i nie narażać niepotrzebnie.
Kiedy byłam już blisko domu rozejrzałam się dookoła , czy nikt mnie nie śledzi. Nie zauważyłam nic niepokojącego,  więc otworzyłam furtkę i weszłam do ogródka. W sumie tu też przydało by się posprzątać.  Zahaczyłam nogą o jakiś badyl, który zadrapał moją skórę.  Uff, obiecuję, że jutro o to zadbam.  Gdy już znalazłam się w domu zamknęłam drzwi starannie na zamek. Unosił się cudny zapach pieczonego kurczaka. Jak miło, że siostra zrobiła kolację. Opowiedziałam jej o tym, co się wydarzyło oraz o moich podejrzeniach co do gangu. Nie wiedziałam co mam teraz zrobić, a przede wszystkim, skąd ten gang mnie zna. Napisałam smsa do Lucasa. Nie odpisał mi… Coraz bardziej wydawało mi się, że on jest w to wszystko nieźle zamieszany. Musze coś z niego wydusić przy najbliższej okazji. Znaczy… nie tak dosłownie. I jeszcze jutro muszę iść do szkoły. Masakra!
Rano tak samo, a nawet bardziej nie chciało mi się tam iść, ale jakoś zmusiłam się i pojechałam do ”budy” . Praktycznie nie wiem co działo się na lekcjach. Byłam tak nieprzytomna, że z trudem udawałam, że słucham tego, co nauczyciele mówią.  Po ostatniej lekcji zawlokłam się jakoś do szatni, wzięłam moją jeansową kurtkę i wyszłam. Przed budynkiem zaczepiła mnie jakaś ładna, ruda dziewczyna.
- Ty to Rosalie?
- Aha, to już wszyscy wiedzą jak mam na imię..
- Muszę cię ostrzec –powiedziała, rozglądając się na boki nerwowo.
- Przed czym?
- Chyba kim… - nie zdążyła dokończyć zdania, bo jakiś zamaskowany koleś wybiegł nagle zza rogu i zakrył jej usta. Patrzyłam na to ze zdumieniem i  przerażeniem. Bandyta miał czarną kominiarkę na twarzy, ale było widać jego oczy. Były czerwone!
Aż mrugnęłam parę razy, bo myślałam, że mózg już płata mi figle z wycieńczenia. Chyba ten gość miał soczewki.. Na moment nasze spojrzenia się spotkały. To był właśnie ten moment, kiedy powinnam rzucić się do ucieczki, lecz nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Stałam tak, jakby były z kamienia. Cały czas utrzymywałam kontakt wzrokowy z napastnikiem. Zaciągnął dziewczynę za zakręt. Z jej ust wydobywały się jakieś stłumione odgłosy. Chyba to było „pomocy”.. albo raczej „pomoooocy!”. Chciałam jej pomóc, ale nie mogłam się ruszyć. Dopiero, gdy zniknęli z pola widzenia, zaczęłam uciekać. Serce waliło mi strasznie, dosłownie, jakby zaraz chciało wyskoczyć z piersi.  I pomyśleć, że moje życie wydawało mi się takie nudne, a teraz?! Pobiegłam szybko do szpitala. Kiedy już byłam na miejscu, myślałam, że wypluję płuca, nie mogłam zaczerpnąć oddechu. Cały czas sapałam, pomimo, że chciałam zapytać o mojego chłopaka;  właśnie schodził po schodach.  Musiałam jakoś rozładować te wszystkie emocje, rozpłakałam się i wtuliłam w niego. Gdy już złapałam oddech zaczęłam trajkotać jak katarynka. Kiedy już wszystko mu opowiedziałam, w jego oczach zobaczyłam… strach? To chyba najlepsze określenie.
- Już wszystko dobrze z twoją ręką?- zapytałam troskliwie.
- Tak, ale nie mogę jej nadwyrężać.
- Strasznie się bałam – wyszeptałam.
- Teraz już wszystko będzie dobrze. – uśmiechnął się.
- No, nie wiem –popatrzyłam na niego z ukosa.
Pojechaliśmy do domu,  Lucas poszedł pooglądać tv, a ja robiłam coś do jedzenia. Najlepiej wychodziło mi spaghetti. Gdy weszłam do pokoju zobaczyłam, że zasnął na kanapie. Postanowiłam, że nie będę go budzić i sama zjadłam.  Potem położyłam się  na  fotelu rozkładanym i również zasnęłam. Spaliśmy tak do rana. Obudził nas dzwonek budzika.  Pojechaliśmy razem do szkoły. Pierwszą lekcją była plastyka, czyli dla mnie czysta przyjemność, a dla niego męczarnia. Podobno przeciwności się przyciągają… Po dzwonku Lucas szybko wyszedł z klasy i podszedł do brata. Bardzo krótko rozmawiali. Chyba się kłócili…
- O co chodziło?
- O nic, straszny idiota z niego, aż dziwne, że jest moim bratem.
Zaśmiałam się.
Potem był W-F. Ze zdziwieniem zobaczyłam kątem oka, że  Luc przy szatni przekazał  koledze jakiś woreczek. Zastanowiło mnie to. Czy to mogły być narkotyki? Nie, nie, nie to niemożliwe!







sobota, 27 września 2014

Rozdział 1

Weszłam do domu i rzuciłam torbę na podłogę. Jak zwykle panowała tu cisza. Mój kot podbiegł i otarł się o moją nogę. Pogłaskałam go i wzięłam na ręce.  Kot mruczał cicho..Przynajmniej to przerwało nieubłagalną ciszę. Weszłam do kuchni, gdzie panował straszny bałagan. Nasypałam kotu karmy, odgrzałam sobie jakieś gotowe danie i poszłam na górę. Na schodach walały się stare papiery.  Westchnęłam głośno i poszłam do swojego pokoju. Do matki wolałam nawet nie zaglądać. Zawsze czułam się strasznie samotna, nigdy nie miałam w niej wsparcia. Wychowywałam sama siebie. Odkąd tylko pamiętam zajmowała się mną ukochana babcia. Niestety zmarła, gdy miałam 6 lat. Od tamtej pory muszę radzić sobie sama. Wolałam przebywać w starych opuszczonych domach, niż we własnym. Tam czułam się bezpieczna. W jednym z  budynków urządziłam  taki swój kąt. Zawsze po szkole chodziłam tam, czytałam książki i oglądałam zachód słońca. Teoretycznie może wydawać się to dziwne, że szesnastolatka tak się włóczy po ruderach… Może w przypadku innych dziewczyn to byłoby niepokojące, ale nie w moim. Zmusiłam się i zajrzałam do pokoju mamy. Jak zwykle mym oczom ukazał się ten sam obraz: totalny bajzel, porozwalane prochy i matka w ekstazie. Nienawidziłam jej za to, że ćpa. Jak byłam młodsza starałam się chować jej narkotyki.. Raz wymierzyła mi solidny policzek, od tamtej pory tego nie robię. Strasznie mnie to wtedy zabolało. Nie ze względu na piekący ból, tylko z tego powodu, że moja matka mogła coś takiego zrobić. Wtedy zrozumiałam, że jest na równi pochyłej. Bałam się strasznie tego, że kiedyś przedawkuje.. bo mimo wszystko to moja mama i.. jest, jaka jest, lecz mimo wszystko chyba trochę ją kocham.  Zawsze, gdy wchodziłam do niej chciało mi się płakać, było mi strasznie smutno.  Spojrzałam na zegarek.  Już szósta, muszę lecieć do pracy. Oczywiście musiałam pracować, żeby mieć co jeść. Niestety , nie była ona zbyt przyjemna. Pracowałam na stacji benzynowej. Można tu było przynajmniej poznać ciekawych ludzi . Potem poszłam do mojej ukochanej rudery; czekały tam  moje ulubione książki, herbatniki, kocyk i latarka. Od razu zaczęłam czytać i… rano obudził mnie zegarek. Siódma ! Popędziłam do domu przygotować się do szkoły. Wzięłam wszystko co potrzeba, wsiadłam na rower i pojechałam. Strasznie chciałabym zdać prawko, ale niestety egzamin dużo kosztuje. Wpadłam zziajana do klasy i usiadłam,  jak zwykle sama na końcu. Kiedy złapałam oddech, przeprosiłam nauczycielkę za spóźnienie. W szkole radzę sobie słabo, bo ciężko mi się skupić. Często myślę o tym, co by było, gdyby moje życie wyglądało normalnie. Miałabym przyjaciół i kochającą rodzinę… Uśmiechnęłam się do własnych myśli. Nagle zauważyłam, że niemal cała klasa wpatruje się we mnie.
- Rosalie! Dziewczyno, zadałam ci pytanie!- spojrzałam na nią unosząc brwi ze zdziwieniem.
- Jedynka!- Pani Crowford zamaszyście postawiła mi ocenę w dzienniku. Cała klasa się ze mnie śmiała. Nienawidzę matmy… Westchnęłam cicho i starałam się zrozumieć o co chodzi, a przede wszystkim nie wracać do marzeń. Muszę jednak przyznać, że są dwa przedmioty, z których jestem dobra. To plastyka i muzyka. Talent i gust muzyczny odziedziczyłam chyba po ojcu, choć praktycznie nie pamiętam, jaki był. Wiem, że na pewno miał długie włosy i grał na gitarze. Bardzo brakuje mi jakiegoś dorosłego w domu. Żałuję, że zostawił mamę samą z dragami. Po chwili zorientowałam się, że ktoś coś do mnie mówi. Spojrzałam na mojego rozmówcę: był to jakiś nowy chłopak z mojej klasy. Wysoki brunet o brązowych oczach. Nawet ładny.. Otrząsnęłam się z moich przemyśleń i zapytałam trochę głupkowato:
-Co?
- Ja tylko chciałem się przywitać – uśmiechnął się do mnie.
- A… ten, to cześć.– powiedziałam lekko zaskoczona, gdyż myślałam, że jest to kolejna osoba, która chce mi podokuczać.
-Jak się nazywasz?
- Rosalie, a ty?
-  Lucas.
Co on suszy tak te zęby? – pomyślałam i nieśmiało się uśmiechnęłam.
-Miło było Cię poznać –powiedziałam i szybko odeszłam na lekcję.
Co jakiś czas zerkałam na Lucasa i myślałam o tym co się wydarzyło. Byłam nieufna, ponieważ nikt się nigdy mną nie interesował. Nie uważałam siebie za jakąś piękność ,jak długonoga blondynka Amanda, gwiazda naszej klasy. Owszem, brzydka nie byłam: długie, brązowe włosy, zielone oczy, ładny nos, usta. Hej, w sumie jest ok! Niestety, byłam strasznie zakręcona, taka „wolna dusza”. Poglądy miałam takie więcej hippisowskie. Nawet dzisiaj założyłam koszulkę „Make love not war”. Jadąc rowerem cały czas myślałam o tajemniczym Lucasie. Wróciłam do domu, wzięłam coś do picia i jedzenia i poszłam do mojej bazy. Nawet nie pamiętam kiedy usnęłam: śniło mi się, że Lucas udawał, że się ze mną przyjaźni, a tak naprawdę to mnie ośmieszył, tak, jak, nikt dotąd.
Moje całe nudne życie kręciło się w sumie tylko wokół szkoły; żyłam od lekcji do lekcji włócząc się po korytarzach jak zombie. Kiedy tak szłam, zobaczyłam Lucasa, uśmiechnęłam się i powiedziałam
- Hej!- Nie odwzajemnił uśmiechu, tylko na mnie dziwnie spojrzał i minął. Co jest?- pomyślałam. Przecież mnie zna… Ok, nieważne, co ja się łudzę, że ktoś mnie polubi?  Pewnie mu powiedziano, że lepiej się ze mną nie zadawać. Trudno. Wróciłam do domu. Rzuciłam plecak i poszłam szybko do ruderki. Zjadłam jakieś byle co i zaczęłam ponownie czytać książkę, ale nawet to nie sprawiło mi żadnej frajdy, zmusiłam się więc i poszłam spać.
Kolejny monotonny dzień: wstałam i zebrałam się do szkoły; usiadłam w ławce, a tu nagle Lucas wpadł do klasy i usiadł obok mnie! Nie wiedziałam co mam zrobić, bo wczoraj jakoś nie chciał ze mną rozmawiać. Ale mimo wszystko przywitałam się. O dziwo, odpowiedział i uśmiechnął się! To o co tu chodzi?! Zapytam…
-Niemożliwe. Wczoraj nie było mnie w szkole-odpowiedział.
-Ale przecież cię widziałam!
-No mówię ci, że mnie nie było- upierał się z uśmiechem.
-Aha, czyli ty też chcesz zrobić ze mnie idiotkę.
 Oburzona zajęłam się jakimiś ćwiczeniami. Po dzwonku powoli się zbierałam. Nic mi się nie chciało.. Wyszłam na korytarz i usiadłam pod salą i wtedy…
Zobaczyłam dwóch Lucasów.
 - COOO?!
Obydwaj spojrzeli na mnie i się uśmiechnęli. Okey, teraz to już prawdziwy obłęd! Przeprosiłam Lucasa, że tak się na niego wkurzyłam.
-Spoko, wybaczam – puścił oko. Chyba mu się podobam…
-Em, może wybierzemy się  gdzieś dzisiaj?- zapytał Lucas.
-Pewnie- szybko się zgodziłam.
Po szkole poszliśmy do parku.
- To jak ja mam rozpoznać, który to który?- zaśmiałam się. Miło spędziliśmy czas. Pożegnaliśmy się i wróciłam do domu. Fajny jest...