Dowiedziałam się, że jego brat ma na imię Jacob. W sumie też
był fajny, ale bardziej taki „sztywniak”.
Przede wszystkim był za grzeczny dla mnie.. Ja tam lubię takich „bad-
boyów”. Nagle ktoś zaczął walić w drzwi.
Trochę się przestraszyłam, bo myślałam , że to jakieś żule. Oczywiście nie
zeszłam na dół, bo nie chciałam ryzykować. Usłyszałam, że coś zostało wsunięte pod drzwi… Po jakimś czasie odważyłam się i zeszłam. Wzięłam
kopertę leżącą na podłodze: list był nie zaadresowany i bez znaczka. Podniosłam jedną brew do góry i otworzyłam.
Moim oczom ukazało się ładne damskie pismo:
Droga Rosalie!
Pewnie zdziwiło cię to, że jakaś obca kobieta wsuwa ci list
pod drzwi i jeszcze wie, jak się nazywasz. Spokojnie, nie musisz się bać. Jak
pewnie wiesz ojciec zostawił twoją matkę. Lecz nic nie wiedziałaś o mnie.
Jestem twoją starsza siostrą. Kiedy się
urodziłaś, ja miałam 10 lat. Kiedy
ojciec postanowił zostawić mamę zdecydowałam, że zostanę z nim. Szczerze mówiąc
jako dziecko byłam o Ciebie zazdrosna. Teraz podziwiam Cię za to, ze jesteś
taka silna i że dałaś radę wytrwać w tym bajzlu z mamą. Jeśli chcesz się ze mną
zobaczyć, to zadzwoń na numer : 123 456 789.
- Twoja siostra Lucy.
Co prawda list był bardzo krótki, ale bardzo mnie wzruszył.
Okazało się nagle, ze może znajdzie się ktoś, kto mnie pokocha i się mną zajmie.
Szybko wyciągnęłam komórkę i zadzwoniłam pod wskazany numer. Usłyszałam ładny,
damski głos.- Halo?
-Cz..cześć. – Powiedziałam rozedrganym głosem.
-Rosalie?
-Ttak – szepnęłam przez tłumione łzy.
-Bardzo cieszę się, że zadzwoniłaś - łagodnie powiedziała
Lu.
-Uhm.
-Czy mogę przyjść porozmawiać?- spytała.
-Skąd mam wiedzieć, że mogę Ci ufać?- oddychałam szybko.
Dziewczyna się zaśmiała.
-Widzę, że przez te wszystkie lata dużo się nauczyłaś.
-No dobra, przyjdź, skoro i tak już wiesz gdzie mieszkam.
Zajrzałam do szafek i wyjęłam jakieś ciastka. Ugryzłam jedno… i wyplułam. Co to
jest?! Smakowało jak stara podeszwa od buta.. Wywaliłam szybko „ciastka” do
kosza. Ok, skoro nie ma nic dobrego, to będzie herbata. Przynajmniej to w tym
domu było zdatne do picia. Usłyszałam pukanie do drzwi i poszłam otworzyć: stała tam ładna blondynka, bardzo zadbana, o
niebieskich oczach.
-Wejdź. – zaprosiłam ją do środka.
Od razu, gdy weszła skrzywiła się. W sumie nie dziwiłam jej
się.
-Taki syf tu panuje, że szkoda gadać – burknęłam.
- Ja w większości przesiaduję w mojej ruderze.
Kiwnęła głową i od razu rzuciła -Chcesz żebym mieszkała z tobą?
Poczułam, że serce bije mi szybciej- Praktycznie Cię nie
znam.. ale możemy spróbować- powiedziałam cicho. Uśmiechnęła się i objęła mnie
mocno. Wreszcie poczułam się kochana… i że kogoś obchodzę. Usiadłyśmy przy
stole i popijałyśmy ciepłą herbatę malinową. Nagle Lucy złapała mnie za ramię.
Tak nie może być!- krzyknęła.
Podskoczyłam trochę.
- Wybacz…- powiedziała cicho- Ale musimy wyciągnąć mamę z
nałogu!
-Nareszcie –uśmiechnęłam się.
-No i musimy tu posprzątać! -zaśmiała się.
-Okay. To od czego zaczniemy?
-Wydaje mi się, że musimy mamę zawieźć na odwyk…
Tak też zrobiłyśmy. Na szczęście matka nie protestowała.
Była tak „zmiękczona”, że nie kontaktowała.
Przyjęli ją. Razem ustaliłyśmy, że nie będziemy podczas
kuracji się z nią widzieć, bo mogło by to być dla nas zbyt bolesne.
-Wiesz co? Mam pomysł. Jestem z zawodu architektem, co ty na
to, żeby trochę ten dom trochę ulepszyć? –uśmiechnęła się do mnie.
- Och tak! Ale… skąd weźmiemy na to kasę?
-Spoko siostra, w tym zawodzie dużo się zarabia.
Rozpłakałam się ze
szczęścia. Może teraz nareszcie moje życie będzie wyglądało normalnie.
Ok, nie ma opierniczania się, trzeba tę chałupę ogarnąć!
Rzuciłyśmy się w wir pracy. Po czterech godzinach porządków
rzuciłyśmy się zmęczone na łóżko i zasnęłyśmy. Rano siostra obudziła mnie do
szkoły. Nawet zrobiła mi kanapki! Moje życie zmieniło się o 180 stopni. Już
miałam wsiadać na rower, gdy powiedziała, że mnie zawiezie. Po raz pierwszy
chyba byłam przed czasem. Uśmiechnięta usiadłam koło Lucasa.
-Co się stało, żeś taka uśmiechnięta? –
-Potem ci powiem…
Szczerze mówiąc miałam ochotę rzucić mu się na szyję już
teraz. Ale się powstrzymałam, bo pewnie nauczycielka znów wpisałaby mi uwagę.
Kiedy dzwonek zadzwonił spakowałam wszystko migiem i rzuciłam się na niego.
Dosłownie… Przytulił mnie. Czułam jego
ładny zapach męskich perfum. Dość długo
tak staliśmy w końcu woźna nas wygoniła. Uśmiechnęłam się do niego.
-No, to co się stało w końcu? –spytał lekko ściskając moja
dłoń.
Opowiedziałam mu podekscytowana wszystko.
- Cieszę się, że ty się cieszysz. Idziemy gdzieś dzisiaj?
- Tak, nawet wiem gdzie – powiedziałam podekscytowana.
Po szkole zaprowadziłam go do mojej kryjówki. Popatrzył na mnie.
-Musze cię o coś zapytać.
-No?
-Chcesz być moją dziewczyną?
Omg. Jeszcze tak na
mnie spojrzał! i ten jego uśmiech!
-Tak! -powiedziałam krótko i go pocałowałam. Potem poszliśmy
do mnie i obejrzeliśmy jakiś horror trzymając się za ręce. Byłam w siódmym
niebie!
- Czemu wybrałeś akurat ten film? Hej, pewnie myślałeś, że będę
się bała i przytulała co?- zaśmiałam się - Sorry, ja się nie boje niczego,
rozumiesz?
Zamyślił się na chwilę. Pstryknęłam mu przed oczami.
- O czym myślisz?
-O niczym.
-Okey…. Nie chcesz, to nie mów.
Nagle stwierdził, że już późno i musi iść. Pożegnałam go,
lecz teraz zastanowiło mnie jego zachowanie.
O co mogło chodzić…
Skończyłaś już te flirty? – siostra weszła do pokoju
-Taaak - zaśmiałam się.
-Dobra, to teraz chodź mi pomóż.
-W czym?
-Muszę przemalować hol.
-Super, akurat z plastyki jestem dobra. Resztę dnia
spędziłyśmy na malowaniu.
Następnego dnia, kiedy tylko ruda Amanda dowiedziała się, że
chodzę z takim przystojniakiem, jak Lucas od razu zaczęła kombinować, jak go
zdobyć.
-Cześć piękny – powiedziała chytrym tonem. Podeszłam do niego szybko i się
przytuliliśmy. A za plecami pokazałam jej język.
-Pffff – rzuciła obrażona i odeszła.
-Dzisiaj mam super pomysł na spędzenie czasu- powiedział
słodkim głosem.
-Jaki?
-Nie powiem, tajemnica. – wyszczerzył się
-No, ej! – zaczęłam go łaskotać.
Lucas jak gdyby nigdy nic przerzucił mnie sobie przez ramię
jak worek ziemniaków.
-Puszczaj! Pisnęłam i zaczęłam się szamotać śmiejąc się.
-Nie ma mowy, chciałaś to masz!
Kiedy doszliśmy do jego samochodu postawił mnie łaskawie na
ziemię. No nareszcie…
-To porsche to twoje?!
-Taaak- powiedział wyraźnie zadowolony.
-Dżizes, jest idealne…
Drzwi otworzyły się automatycznie do góry. Bajer. Wsiadłam i pognaliśmy
szybko tak, że podskoczył mi żołądek do gardła. – Ty, uważaj trochę!
-Spokooo.
Nareszcie dojechaliśmy do jakiegoś dziwnego miejsca. To była
chyba stadnina.
-Poczekaj tu chwilę -
rzucił do mnie i sam poszedł w stronę budynku.
Czekałam zaciekawiona.
Zobaczyłam jak Lucas galopuje na pięknym czarnym koniu w
moją stronę. Wyglądał po prostu nieziemsko…
-Wow…- powiedziałam cicho.
-Chcesz się przejechać? –uśmiechnął się.
-Jaasne!-Pomógł mi wsiąść i razem pognaliśmy po polu.
Kątem oka zauważyłam, że pod bramę podjechał jakiś tajemniczy
czarny samochód. Kiedy Lucas go zobaczył, zaczął galopować jeszcze szybciej w
stronę lasu. Poczułam, że jest spięty. O co tu chodzi? W tym momencie padł
strzał. Lucas stracił panowanie nad koniem, który gnał teraz przed siebie. Przeraziłam się, gdy dostrzegłam, że z jego
ramienia pociekła krew.
- Oberwałeś?!
-Tak! Cholera!- syknął.
-Co teraz zrobimy?!
-Nie... nie wiem…-
wydusił i zaczął osuwać się z konia.
Panikowałam. Nie dość, że musiałam trzymać mojego chłopaka,
to jeszcze trzeba było okiełznać tego piekielnego konia! Nigdy wcześniej nie
jeździłam, ale jakoś udało mi się tę bestię powstrzymać. Szybko zadzwoniłam po
pogotowie. Nie musieliśmy czekać długo. Po jakichś 4 minutach można było
usłyszeć wycie karetki. Zawieźli go do szpitala.. niestety mnie nie pozwolili jechać, ponieważ nie
jestem rodziną. Bla bla bla!. Byłam cała
roztrzęsiona. A tak miło się zapowiadał ten dzień… Byłam bliska płaczu z tych
emocji. Wróciłam szybko do domu. Gdy wpadłam od razu przytuliłam się do siostry
i rozpłakałam.
-Co się stało?!
-Bbo… Lucas jest w szpitalu! - wyszeptałam przez łzy.
-O rany, ale dlaczego?!- siostra miała wyraźnie współczującą
minę i przytuliła mnie.
-Dzisiaj zabrał mnie na konie. Wszystko tak miło się
zapowiadało, gdy nagle pod bramę podjechał jakiś czarny samochód. Jak Luc go
zobaczył, od razu skierował konia w stronę lasu i gdy tak jechaliśmy, znienacka ktoś postrzelił go w ramię. Jeszcze
się trzęsę, gdy sobie przypomnę!
Nie mogłam zasnąć, cały czas miałam przed oczami ten czarny
samochód. Szkoda, że nie zapamiętałam numeru rejestracyjnego. Bardzo martwiłam
się o Lucasa, choć miałam cichą nadzieję, że wszystko z nim w porządku. Chwilę
potem zasnęłam. Rano pierwszą rzeczą jaką zrobiłam był telefon do szpitala.
Minuty mijały, a ja wciąż nie mogłam się tam dodzwonić. Gdy już miałam zrezygnować,
w słuchawce odezwał się głos jakiejś kobiety:
- Szpital na Growl Street, słucham?
- Dzień dobry, chciałabym zapytać kiedy będą możliwe
odwiedziny u Lucasa Blacka.
-Chwileczkę… Może pani przyjechać o 18.
- Dziękuję, do widzenia.
Trochę późno, będę pewnie musiała wrócić na piechotę. Nie
wiedziałam co ze sobą zrobić. Cały czas włóczyłam się po domu bez celu, kiedy w
końcu wybiła 17:30 wyszłam i zaczęłam iść szybkim krokiem w stronę szpitala.
Chłodny wiatr owiewał moją twarz. Mogłam ubrać się cieplej… Ok. 18 byłam już na miejscu. W holu czuć było
specyficzny, medyczny zapach, a wszędzie chodzili ludzie w białych kitlach.
Podeszłam do recepcji i zapytałam o
numer sali. Recepcjonistka odpowiedziała mi znudzonym tonem:
-Sala 35, pierwsze piętro.
-Dziękuję.
Wbiegłam po schodach i szybko odnalazłam salę. Lucas leżał
na łóżku pod oknem. Podeszłam do niego. Na szczęście był przytomny.
-Hej. jak się czujesz?
-Lepiej- uśmiechnął się lekko.
-Nadal nie rozumiem dlaczego zostałeś postrzelony. Wiesz kto
mógł to zrobić?!- spytałam z niekłamanym oburzeniem.
-Nie.
Brzmiało to niezbyt przekonująco… w sumie, to było dla mnie
prawie pewne, ze wie, kto to zrobił. Ciekawe dlaczego nie chce powiedzieć? Mimo
wszystko udałam, ze przyjęłam tę odpowiedź.
- Kiedy Cię wypisują?
W tym momencie lekarz wszedł i odpowiedział mi suchym tonem:
- Prawdopodobnie jutro. A tymczasem musi pani już wyjść.
-Cześć- powiedziałam cicho.
- Pa… auć!
Lekarz właśnie zmieniał mu opatrunek, a ja wyszłam z sali. W
holu kupiłam czekoladę z automatu; zapach
brązowego napoju trochę mnie orzeźwił. W końcu wyszłam ze szpitala. Nie lubię
takich miejsc… Zrobiło się już ciemno. No trudno dam radę. Co takiego może mi
się stać? Szłam szybko po szarym chodniku stukając obcasami kowbojek. Po drodze
minęłam park, w którym spotykałam się z Lucasem. Mimowolnie się uśmiechnęłam.
Niezmąconą ciszę nagle przerwał głośny ryk motorów. Oby to nie był gang
motorowy; niestety, trafiłam z domysłami. Stwierdziłam, że będę udawać, jakbym
wcale się tym nie przejęła. Serce strasznie mi waliło. Czułam się tak, jakby ci
faceci mogli słyszeć łomot mojego serca. Nagle zabrzmiał zaczepnie zachrypnięty,
męski głos:
- Co, Rosalie, twój chłoptaś wylądował w szpitalu? Oje,j jak
nam przykro…- wszyscy ryknęli śmiechem.
Zacisnęłam usta.
- Skąd wiesz jak się nazywam?! - wrzasnęłam hardo.
Nie uzyskałam odpowiedzi. O dziwo, odjechali i zostawili
mnie w spokoju. W mojej głowie był
straszny bałagan. Myśli dosłownie rozsadzały mi czaszkę.
O co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi?! Zaczyna się robić
niebezpiecznie. Mam nadzieję, ze przynajmniej nie wiedzą, gdzie mieszkam. Chyba
będę musiała przestać chodzić do mojej kryjówki. A co jeśli to oni postrzelili
Lucasa?! Może z tym iść na policję, ale
pewnie i tak nic nie zrobią. Teraz trzeba się mieć na baczności i nie narażać
niepotrzebnie.
Kiedy byłam już blisko domu rozejrzałam się dookoła , czy
nikt mnie nie śledzi. Nie zauważyłam nic niepokojącego, więc otworzyłam furtkę i weszłam do ogródka.
W sumie tu też przydało by się posprzątać.
Zahaczyłam nogą o jakiś badyl, który zadrapał moją skórę. Uff, obiecuję, że jutro o to zadbam. Gdy już znalazłam się w domu zamknęłam drzwi starannie
na zamek. Unosił się cudny zapach pieczonego kurczaka. Jak miło, że siostra
zrobiła kolację. Opowiedziałam jej o tym, co się wydarzyło oraz o moich podejrzeniach
co do gangu. Nie wiedziałam co mam teraz zrobić, a przede wszystkim, skąd ten
gang mnie zna. Napisałam smsa do Lucasa. Nie odpisał mi… Coraz bardziej wydawało
mi się, że on jest w to wszystko nieźle zamieszany. Musze coś z niego wydusić
przy najbliższej okazji. Znaczy… nie tak dosłownie. I jeszcze jutro muszę iść
do szkoły. Masakra!
Rano tak samo, a nawet bardziej nie chciało mi się tam iść,
ale jakoś zmusiłam się i pojechałam do ”budy” . Praktycznie nie wiem co działo
się na lekcjach. Byłam tak nieprzytomna, że z trudem udawałam, że słucham tego,
co nauczyciele mówią. Po ostatniej
lekcji zawlokłam się jakoś do szatni, wzięłam moją jeansową kurtkę i wyszłam.
Przed budynkiem zaczepiła mnie jakaś ładna, ruda dziewczyna.
- Ty to Rosalie?
- Aha, to już wszyscy wiedzą jak mam na imię..
- Muszę cię ostrzec –powiedziała, rozglądając się na boki
nerwowo.
- Przed czym?
- Chyba kim… - nie zdążyła dokończyć zdania, bo jakiś
zamaskowany koleś wybiegł nagle zza rogu i zakrył jej usta. Patrzyłam na to ze
zdumieniem i przerażeniem. Bandyta miał
czarną kominiarkę na twarzy, ale było widać jego oczy. Były czerwone!
Aż mrugnęłam parę razy, bo myślałam, że mózg już płata mi
figle z wycieńczenia. Chyba ten gość miał soczewki.. Na moment nasze spojrzenia
się spotkały. To był właśnie ten moment, kiedy powinnam rzucić się do ucieczki,
lecz nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Stałam tak, jakby były z kamienia. Cały
czas utrzymywałam kontakt wzrokowy z napastnikiem. Zaciągnął dziewczynę za
zakręt. Z jej ust wydobywały się jakieś stłumione odgłosy. Chyba to było
„pomocy”.. albo raczej „pomoooocy!”. Chciałam jej pomóc, ale nie mogłam się
ruszyć. Dopiero, gdy zniknęli z pola widzenia, zaczęłam uciekać. Serce waliło
mi strasznie, dosłownie, jakby zaraz chciało wyskoczyć z piersi. I pomyśleć, że moje życie wydawało mi się
takie nudne, a teraz?! Pobiegłam szybko do szpitala. Kiedy już byłam na miejscu,
myślałam, że wypluję płuca, nie mogłam zaczerpnąć oddechu. Cały czas sapałam,
pomimo, że chciałam zapytać o mojego chłopaka; właśnie schodził po schodach. Musiałam jakoś rozładować te wszystkie
emocje, rozpłakałam się i wtuliłam w niego. Gdy już złapałam oddech zaczęłam
trajkotać jak katarynka. Kiedy już wszystko mu opowiedziałam, w jego oczach
zobaczyłam… strach? To chyba najlepsze określenie.
- Już wszystko dobrze z twoją ręką?- zapytałam troskliwie.
- Tak, ale nie mogę jej nadwyrężać.
- Strasznie się bałam – wyszeptałam.
- Teraz już wszystko będzie dobrze. – uśmiechnął się.
- No, nie wiem –popatrzyłam na niego z ukosa.
Pojechaliśmy do domu,
Lucas poszedł pooglądać tv, a ja robiłam coś do jedzenia. Najlepiej
wychodziło mi spaghetti. Gdy weszłam do pokoju zobaczyłam, że zasnął na
kanapie. Postanowiłam, że nie będę go budzić i sama zjadłam. Potem położyłam się na
fotelu rozkładanym i również zasnęłam. Spaliśmy tak do rana. Obudził nas
dzwonek budzika. Pojechaliśmy razem do
szkoły. Pierwszą lekcją była plastyka, czyli dla mnie czysta przyjemność, a dla
niego męczarnia. Podobno przeciwności się przyciągają… Po dzwonku Lucas szybko
wyszedł z klasy i podszedł do brata. Bardzo krótko rozmawiali. Chyba się
kłócili…
- O co chodziło?
- O nic, straszny idiota z niego, aż dziwne, że jest moim
bratem.
Zaśmiałam się.
Potem był W-F. Ze zdziwieniem zobaczyłam kątem oka, że Luc przy szatni przekazał koledze jakiś woreczek. Zastanowiło mnie to.
Czy to mogły być narkotyki? Nie, nie, nie to niemożliwe!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz